2012-05-27

No i co z tego?

Podsłuchane na jednym z kursów z tzw. programowania neurolingwistycznego (NLP). Jedna pani z grupy kursantów panicznie boi się swojego szefa. Jest wiecznie w pracy zestresowana. Śnią się jej koszmary, wpada w depresję, itp., itd.

Trener (na forum): - Opowiedz nam, to zego się boisz w pracy?
Uczestniczka: - Boję się mojego szefa, bo ciągle mu się coś nie podoba co zrobię.
Trener: - I co z tego, że mu się to nie poodba?
- To z tego, że później na mnie bardzo krzyczy
- I co z tego?
- Później mogę nie dostać premii tak jak reszta zespołu
- No i co z tego?
- Jak tak dalej pójdzie, to może mnie zwolnić....
- I co z tego?
- Co z tego? Jak mnie zwolni, to nie będę miała z czego zapłacić raty kredytu
- I co z tego?
- Będę musiała sprzedać mieszkanie i wrócić do rodziców
- Ale co z tego?
- Pewnie będą ze mnie niezadowoleni, że się mi nie udało
- No i co z tego?
- Będzie mi głupio....
- I co z tego?
- W końcu będę musiała szybko znaleźć nową pracę
- No i?
- Może okazać się, że potrwa to z pół roku
- Ale co z tego?
- No jak to co z tego. Będę musiała iść na zasiłek dla bezrobotnych!
- No i co z tego?
- Nie będzie mnie stać na to wszystko, na co mnie teraz stać
- Czyli na co?
- Wycieczki, SPA, ubrania, apartament
- No i co z tego?
- Hm.... (po chwili namysłu) w sumie to nic  z tego. Przekonałeś mnie. Czego ja się w zasadzie boję?! Przecież on nic mi nie może złego zrobić!
- Nareszcie, bo już myślałem, że do wieczora nie skończymy....





Może warto, żebyśmy czasem w trudnej sytuacji zapytali siebie: "i co z tego"? A może "nic z tego", a my niepotrzebnie tracimy zdrowie na stres/nerwy itp. ?

Ksiądz* najlepszy pod słońcem!

Wybraźmy sobie takiego księdza. Ma około 28 lat. Młody, energiczny, inteligetny wygadany. Jego doba ma 48 godzin.


1. Jego niedzielna msza spełnia minimum wymagane przez regulacje, ale dodaje coś od siebie. Kazanie niekoniecznie jest zawsze bardzo mocno związane ewenagelią. Przeważnie to jakaś ciekawa opowieść (maks 15-20 minut) o ludziach, zdarzeniach. Może z jego młodości, może wydarzenia z rodziny, znajomych, przeczytane w książce, itp. Oczywiście opowieść ma zawsze jakąś rekomendację oraz jakiś morał na końcu.

2. To kazanie zapiera dech w piersiach. Jest takie ludzkie i przyziemne. Pełno tam wtrąceń w ludzkim potocznym języku. Często jakieś wtrącane dodatki humorystyczne. Ale generalnie zawsze kazanie opiera się na jakichś rekomendacjach z zakresu funkcjonowania człowieka w społeczeństwie, poprawy satysfakcji ze swojego życia, itp. Taka troche "kozetka u terapeuty". Oczywiście wiedzę czerpałby z książek, materiałów. Generalnie ksiądz poszerzałby swoją wiedzę ciągle.

3. Kazanie niekoniecznie ogranicza się monologu. Ksiądz wyświetla powerpointa z głównymi punktami i problemami kazania. Kilka slajdów maks. Bo jak wiemy, dzień bez powerpointa to dzień stracony. Co więcej, ostatni slajd zawierałby tzw. listę akcji. W sensie, jakie otrzymamy zadania na ten tydzień np.:
 a) poprawa relacji z żoną, rodzicami itp.
 b) przeczytanie jakiegoś artykułu, książki itp
 c) przemyślenie tego, tego i tego.

4. Ponieważ kazania byłyby tak ciekawe i problemowe (a przede wszystkim LUDZKIE), ludzie nie chcieliby poprzestawać na mszach. Ksiądz na każdej mszy przypominałby wszystkim parafianom swój nick na Twitterze (np. @Cinek28PL) i osoby, które by go subskrybowały ("follow me") każego dnia otrzymywałby jakąś krótką wiadomość. Przemyślenie, poradę, pomysł, itp. Generalnie "słowo na dobry dzień".

5. Oczywiście parafia miałaby stronę na FB. Tam byłyby ogłoszenia parafialne, zdjęcia z pielgrzymek, aktualności, ciekawe odnośniki do zasobów w internecie. Oczywiście można byłoby stronę/wpisy polubić, zostać znajomym, skomentować itp.


6. Dla tych, którzy nie mogą uczestniczyć w niedzielę, kazanie byłoby też publikowane w formie notki na blogu tego księdza. Oczywiście, każdy parafianin miałby możliwość skomentowania wpisu. Ksiądz oczywiście by do tego zachęcał i chętnie poznałby inne punkty widzenia. Oczywiście wpisy naruszająće zasady byłyby usuwane.

7. Ksiądz nie ograniczałby się do typowych czynności. Uczestniczyłby w konferencjach, prowadził jakieś naukowe prace (np. etyka w biznesie), wyjeżdzał na misje w kraju i zagranicą, przez co zdobywałby cenne doświadczenia

8. Zorganizowałby lokalną społeczność. Tzn. np. poprosił jego znajomego psychologa, aby za darmo udzielał porad dla parafian w jego kancelarii np. w  poniedziałki od 17:00 do 19:00. Co więcej, otworzyłby Biuro Spraw Problematycznych w swojej kancelarii. Zgłaszaliby się do niego parafianie z różnymi problemami, a on starałby się każego dobrze pokierować. Np. zgłasza się parafianin w sprawie jakiegoś poważnego długu. Ten dzwoni do swojej znajomej, która akurta jest pracownikiem tej firmy, która jest wierzycielem, z którą chodził do jednej klasy w liceum i mówi: "Ej, Justyna, odpuść mu odsetki, albo rozłóż dług na raty. Pamiętasz jak ja ci pomogłem na maturze z matmy?", itp. Kto wie, może znalazłby w parafii doradców podatkowych, prawników, nauczycieli itp, którzy gotowli byliby poświęcić jakieś 2 godziny w tygodni za darmo na pomoc lokalnym parafioanom?

9. Być może video blog z jakimś przesłaniem byłby przesadą, ale jeśli np. ten ksiądz byłby w daną niedzielę gdzieś na zagranicznej misji, łączyłby się z kościołem za pośrednictem videophonu i wygłosił kazanie z miejsca, w któym jest. Oczywiście reszta mszy byłaby prowadzona przez jego zastępcę.

10. Podczas ogłoszeń parafialnych w sprawie pielgrzymki, podłączałby swój tablet do projektora i na google maps pokazywał zgromadzonym w kosciele trasę, oczekiwany czas, atrakcje w drodze itp.

11. Organizuje różne konkursy. Niekoniecznie z wiedzy religijnej. "Kto pierwszy odpowie na pytanie zamieszone na..... wygrywa 2 bilety do kina na film XYZ".

12. Jeździ na wakacje. Niekoniecznie pod gruszę. A może do ciepłych krajów? Pewnie nie musi tam nosić koloratki? Czy byłby problem, jeśli na swoim prywatnym profilu FB publikowałby swoje zdjęcia z plaży w Maroku jedynie w szortach bahamach i t-shircie?

13. Jest uwielbiany za swoją aktywność, zaangażowanie i działaność charytatywną. Zapala ludzi swoim optymizmem w swojej prafii. Co więcej, okoliczne parafie zaczynają w niedzielę świecić pustkami, bo każdy chce się załapać na mszę do tego właśnie księdza.



Czy takie coś jest możliwe? Czy to co ja napisałem jest "crazy" i nigdy nie będzie możliwe? Chcielibyście, żeby tacy księża istnieli? Czy lepiej, żeby nie?

Czekam na Wasze opinie!!!!!!



*oczywiście chodzi mi o księdza "chrześcijanin\katolik" w polskiej parafii

2012-05-26

Zawód? Wolny strzelec

Podziwiam młodszych i starszych, którzy wolą pracować w tzw. wolnym zawodzie. Od zlecenia do zlecenia. Np. tłumacz, konsultant, DJ, itp, itd.

Czemu podziwiam? Sam mam awersję do ryzyka i bardziej odpowiada mi praca "u kogoś". I nie potrafiłbym pewnie znieść tego stanu "nie wiadomo co jutro".

A są ludzie, którym ten stan idealnie odpowiada. Udusiliby się pracując od poniedziałku do piątku od 9:00 do 17:00. Za biurkiem itp. Wolą wyzwania. Nowe zlecenia. Siedzą kilka dni do 5 nad ranem, ale później kilka dni spokoju. I nowe zlecenie. Czasem zakładają własne firmy. Czasem specjalizują się w kilku tematach, żeby zapewnić sobie co najmniej 3 źródła dochodu. To zapewnia im spokój.

Podziwiam ich.

A Wy co sądzicie o wolnych strzelcach? A może jesteście jednymi z nich? Zapraszam do dyskusji w komentarzach oraz oddanie głosu w ankiecie.


PS. Podsumowanie ankiet:

1. Samoloty: WOW!!!! a więc są tacy ludzie, którzy uwielbiają latać. Ujawnić mi się tutaj proszę natychmiast. Chętnie wybiorę się z nimi w rejs. Natomiast widać wiele osób ma taki sam stosunek jak ja. Leci jeśli już naprawdę musi, a niekoniecznie sprawia im to przyjemność.

2. Szczęście. Czytelnicy bloga są raczej bardzo szczęśliwi. Brawo!!!

2012-05-25

Never Grow Old!!!

Mam koleżankę. Mieszka w USA. Dziewczyna ma.... 70 lat i jest babcią. W czasie kiedy akurat nie zajmuje się wnkuami:

 - prowadzi własną firmę konsultingową z zakresu budowania strategii o zarządzania projektami
 - pisze książki i artykuły naukowe o tematyce biznesowej
 - tworzy nowe standardy w zarządzaniu projektami
 - lata po świecie i wygłasza wykłady na uniwersytetach i konferencjach

Rok temu przez kilka tygodni była w zespole moim mentorem, aby wdrożyć mnie do nowej funkcji. Miała nauczyć mnie pewnego skomplikowanego procesu.

Nauczyła. Temat nie był łatwy, ale ona potrafiła to w taki prosty sposób wyjaśnić, że w końcu to wszystko załapałem. Z reguły odpowiadała na moje e-maile w różnych dziwnych porach. Przeważnie z lotnisk czekając na przesiadkę lecąc z jednej konferencji na drugą. Zawsze korzysta z najnowszych urządzeń. Maile podpisywane są automatyczne: "Sent from my ....." i tutaj pada marka smartfona lub tabletu.

Pisząc jej jedno krótkie zapytanie, otrzymywałem kilka stron A4 odpowiedzi. Po kilku godzinach.

Ma spore doświadczenie. Przewodniczyła różnym organizacjom skupiających menedżerów projektów i informatyków. W latach 70 zajmowała się wdrażaniem systemów informatycznych do rozliczeń międzybankowych w USA. Była pionierem.

Poznałem ją osobiście rok temu. Bije od niej niesamowita energia. Kiedy wygłaszała prezentację, robiła to w taki sposób, że nie dało się oderwać wzroku. Wszyscy byli całkowicie skupieni. Ma dar przemawiania. Wydaję mi się, że mogłaby czytać książkę telefoniczną, a ludzie słuchali by z wypiekami na twarzy.

Można z nią rozmawiać o strategii jak również można zejść z nią na poziom poszczególnych tabeli w bazach danych.

Jest szczupła, pełna energii, uprawia różne sporty, medytuje itp.  Ma się wrażenie, że rozmawiamy z nastolatką.


Skąd się biorą tacy ludzie? Czy to geny? Skąd w niej tyle energii i pasji? A my, kiedy się zestarzejemy będziemy nudni, bez zainteresowań? Czy będziemy tacy jak ona?


A może właśnie o to chodzi? Żeby interesować się nowymi rzeczami, ciągle się doskonalić, łapać nową wiedzę, poznawać nowych ludzi, tworzyć coś?

Może to jest przepis na to, żeby się nie zestarzeć? Pozostać młodym na starość? Tak jak ona.

2012-05-22

O wartości dodanej obrączki małżeńskiej

Zastanawiam się, co jest największą wartością dodaną noszenia obrączki w małżeństwie?


1. Para małżeńska demonstruje w ten sposób swoją miłość i przynależność?

2. W przypadku faceta ma odstraszać inne kobiety? "Hej mała. Nic z tego. Zobacz, jestem zajęty"

3. A może ma przypominać mężczyźnie na delegacji, że ma żonę?

Ale przecież czasem obrączka ma odwrotny skutek. Kobiety w londyńskich klubach podrywaja głównie mężczyzn z obrączką. Dlaczego? Bo wiadomo, że taki nie jest gejem. Jest już sprawdzony, ustatkowany, itp.

Sam nie wiem, jaki jest podstawowy cel obrączki małżeńskiej. Dla mnie obrączka u faceta to kubeł zimnej wody. Nie mam czego u niego szukać (w kontekscie ewentualnego podrywu). I może właśnie dlatego ona spełnia swoje zadanie? Od razu wiem do kogo NIE zarywać?


Nie jestem przeciwnikiem instytucji małżeństwa. Wprost przeciwnie. Ale jeśli miałbym żonę, to mam nadziej wspólnie uznalibyśmy, że nie trzeba nosić obrączek. Po co, skoro się kochamy?

Jeśli miałbym faceta, to również nie potrzebowałbym obrączek, serduszek itp. po co, skoro się kochamy?


Co Wy sądzicie na temat obrączek?


2012-05-21

Tak. Potwierdzam. Warszawa to miasto najlepsze pod słońcem, tylko że tutaj stać można tylko w domu!!!

Miasto super,  ale ten pęd w godzinach szczytu psuje całą przyjemność w przebywania w tym mieście :)

Do środy Warszawa będzie moim tymczasowym domem. Dziś w porannych godzinach  szczytu wyruszyłem z centrum do miejsca przeznaczenia. W tramwaju linii 9  ścisk na maksa. I ciągłe syczenie pasażerów przebijających się do wysiadania.

Kilka przystanków dalej slyszę, jak warczy kobieta:

- Chcę przejść!!!
- Proszę - odpowiada jakiś pan
- Co pan stoisz w przejściu??!!! - kontynuuje konwersację pasażerka
- A to gdzie mam stać? - dociekał ten  pan
- W domu!!! - skonkludowała i wyfrunęła przez drzwi na chodnik


Wracając w popołudniowych godzinach szczytu, pomyślałem sobie, że skoro nie ma  w okolicy kiosku, to kupię u maszynisty. A miałem ledwo ponad 5 złotych w gotówce i nie wiedziałem, ile kosztuje bilet w tramwaju, zapytałem takich dwóch ziomków na przystanku (obaj mieli fajne przeciwsłoneczne okulary w białych oprawkach)

- Sorry, ile kosztuje bilet u maszynisty? - zagaiłem.

Konsternacja.


- No jak w ogole będzie ci chciał sprzedać to nawet zapłacisz tylko 2,80

Akurat podjeżdżała 9 do centrum więc wskoczyłem tramwaju do pierwszych drzwi. Nic nie dało pukanie w szybę. Maszynista gadał coś do siebie (nic nie słyszałem) i tramwaj ruszył. W panice pytam się dziewczyn stojących w tramwaju obok mnie.

- Sorry, czy można kupić bilety u maszynisty, czy są tu jakieś automaty?

One:

- No.... czasem nawet sprzedają, ale tylko na przystankach.


Czy rzeczywiście tak jest, że w Warszawie nie można kupić biletów u kierowcy/maszynisty? U nas na Śląsku to normalka :-)

Dlatego wyskoczyłem szybko na następnym przystanku, gdzie na szczęście stał kiosk ruchu. Bilet kosztował tylko 3,60 i kiedy dałem pani kioskarce monetę 5 PLN, ta zapytała:

- A ma pan może 10 groszy?

Szukam, szukam, szukam...

- Niestety, mam tylko 20....
- To daj pan te 20

Słuchajcie, chodziłem w LO do klasy mat-fiz, ale do dziś nie mogę zrozumieć jaką formułą posługują się sprzedawcy, kiedy pytają się o dodatkowe nominały. Po co jej było 10 gr? No i co jej dało to 20? Niech ktoś mi to wreszcie wytłumaczy :-)

2012-05-20

Polacy są najsmutniejsi pod słońcem, dlatego bez problemu można tu kręcić filmy wojenne

Kiedyś przeczytałem wypowiedź jakiegoś amerykańskiego reżysera po premierze jakiegoś filmu wojennego, że:

"Polacy ten niezwykły smutek mają wypisany na twarzy. Jest taki naturalny. Wrodzony. I dlatego filmy wojenne najlepiej się kręci w Polsce. Bo nie trzeba statystom przypominać, żeby wyglądali smutnie. Polscy statysci robią to non-stop doskonale. I wyglądają bardzo przekonywująco!".

Coś w tym musi być. Na pewno nie możemy równać się z Amerykanami, którzy  na zakończenie rozmowy lub e-maila wypowiadają/piszą: "Have a great day!". Gdybym komuś powiedział, "No i życzę ci wspaniałego/cudownego dnia", to po chwili konsternacji zapytano by mnie:

- Nie zapomniałeś przypadkiem wziąć dzisiaj swoich leków? A może wziąłeś za dużo? A może to przez dzisiejsze słońce?

Kiedy oglądałem program "Oprah Winfrey show" jakieś 12 lat temu zupełnie nie rozumiałem problemów z jakimi zgłaszały się Amerykanki w pewnym konkretnym programie.  Wyglądało to mniej więcej tak:

"Mam wspaniałego męża, cudowych synów, wpaniała córeczkę, świetną i bardzo dobrze płatną pracę. Mamy piękny dom, dwa samochody, na wycieczki po świecie wyruszamy 2 razy do roku. Ale jednak czuję, że brakuje mi w życiu tego czegoś".

No i cały ten program polegał na tym, aby pomóc tym biednym kobietom w znalezieniu tego "czegoś" i rozwiązanie tego problemu. Okazało się, że wiele kobiet na widowni również ma ten sam problem. No i tutaj nagle gość programu wyskoczył z informacją, że przeczytał książkę o tytule: ABC autora XYZ i tam właśnie wszystko jest opisane co i jak. Przeczytał wypowiedzi czytelniczek, które dzięki książce odnalazły to "coś". Na ekranie pojawił się numer telefonu 1-800 pod który można dzwonić i zamówić to niepowtarzalne dzieło. Oczywiście wszystko przy wielkich brawach widowni.

Fajnie mieć takie "amerykańskie problemy" :-)

Odbiegłem trochę od tematu :) Wydaję mi się, że minęło już tyle lat od zmiany systemu, a ludzie w Polsce nie są szczęśliwi. A przynajmniej tego po nich nie widać. Wystarczy wyjśc na miasto, przejchać się autobusem. Same smutne twarze. Może to szczęście przeżywają wewnętrznie? A może musi minąć trochę czasu? A może mamy taką kulturę, żeby "nie śmiać się jak głupi do sera"?

No nic mam nadzieję, że wszystko przed nami. Mój kolega Max zauważył, że kiedy wizytował mnie w moim regionie, mieszkańcy byli bardzo wierni konserwatywnemu stylowi ubierania się. Królowały barwy ciemne i szare. W przeciwieństwie do Krakowa jakiego ja znam.

Może kiedyś na Górnym Śląsku też będzie troszkę bardziej kolorowo, zupełnie jak w Krakowie? Dla mnie Kraków, Wrocław i Warszawa to zupełnie inny świat. Wydaję mi się, że gdybym studiował w tych miastach, życie byłoby bardziej kolorowe :) zupełnie jak w tej reklamie poniżej. Pewnie w Krakowie, też bym mógł się tak ubierać za czasów studenckich :)




2012-05-19

Co jest najprzyjemniejsze pod słońcem?

Powiem Wam, co wg mnie jest najprzyjemniejsze:

Kiedy nagle nawiązujemy kontakt wzrokowy z nieznajomym. Który nam się w pewnym sensie nawet podoba*

Wybraźmy sobie sytuację. Jedziemy tramwajem, autobusem. Albo stoimy na przystanku, peronie. Na przeciwko nas kilka metrów dalej siedzi/stoi jakiś koleś, z którym "przez przypadek" nawiązał się kontakt wzroczny.

1. Spodobał mi się.
2. Zerkam.
3. On też zerka.
4. Uciekam wzrokiem, kiedy na mnie spojrzy.
5. Wracam za chwilę z powrotem.
6. Okazuje się, że tym razem to on na mnie patrzył.
7. I to on teraz ucieka wzrokiem.
8. Zakłopotanie po obu stronach.
9. I znowu, tym razem ciut bardziej ostentacyjnie patrzę.
10. On też patrzy na mnie.
11. Nie ucieka wzrokiem.
12. Dlatego ja uciekam wzrokiem.
13. Ale zaraz wracam.
14. A on niezmiennie nadal na mnie patrzy.
15. Delikatny powstrzymywany uśmiech po jego stronie. Widać sprawia mu to przyjemność.
16. Ja cały już czerwony.
17. Powstrzymywany uśmiech tym razem po mojej stronie.
18. Miękko w kolanach.
19. Serce wali.
20. Jestem najszczęśliwszy pod słońcem.
21. Wracam do puntku nr 1.

Dla mnie to jedno z najprzyjemniejszych uczuć. Ponieważ ostatnio moje życie to dom/samochód/praca/dom, to okazji do takich "przygód" nie mam. Najwięcej ich miało miejsce, kiedy byłem studentem i korzystałem z komunikacji miejskiej.

Jak to realnie wygląda? Przeważnie nie mamy odwagi zagadać. Przyjeżdża autobus/pociąg i on wsiada. Albo następuje jego przystanek/stacja i to on wysiada.

Czasem jest szansa, że pojedzie za tydzień o tej samej porze (jeśli to godzina dojazdu/powrotu do/z pracy/szkoły itp).

Z czasów studenckich: we wtorki i środy wsiadał na przystanku do tramwaju pewien koleś. Brunet. Oczy niebieskie. Około 176 cm wzrostu. Często na siebie zerkaliśmy. Po dwóch tygodniach już wsiadał w stałe drzwi, w których na niego czekałem. Kiedy staliśmy obok siebie ciągle pracowaliśmy rękami. A to ja poprawiałem torbę lewą reką. A to on podrapał się w nos prawą reką. I tak co chwilę. Bo za każdym razem trącaliśmy siebie rękawami naszych kurtek.


Tak, wiem, brzmi to dziś żałośnie, ale ja miałem wtedy 20 lat. Co ja wiedziałem o życiu? Dziś pewnie był zagadał pierwszego dnia. A jeśli sobie dobrze przypomnę to on do mnie zagadał pierwszy raz kiedy go zobaczyłem: "Przepraszam bardzo, czy pan siada?". Czemu nie pociągnąłem rozmowy? Głupi jestem.  

Chłopak zniknął po pierwszym wiosennym semestrze wspólnego jeżdżenia. Wsiadał na przystanku: "Chorzów, Polna" około 7:15 a wysiadał na przystanku: "Chorzów Stadion AKS". Wyglądał na studenta. Młody, plecak, itp. Miał zieloną kurtkę z napisem "Bergson" na kołnierzu.






*Uwaga, każdy z nas musi ocenić ryzyko takiego zachowania. Spoglądanie na "niewłaściwą osobę" może skutkować utratą zębów, urazów oczu lub innych obrażeń ciała mogących skutkować poważnym zagrożeniem zdrowia lub życia.

2012-05-18

Jeśli chce, to niech idzie. Ty zachowaj godność.

Skoczyłem dziś po pracy na fastfooda. Podsłuchałem rozmowę dwóch pań za mną. Obie dzieliły się swoimi przeżyciami związanymi z rozwodem, alimentami i "jaki on był beznadziejny".

Jedna twierdziła, że już podczas separacji traktował ją jak służącą i kazał jej zrobić jajecznicę. I dlatego ona zrobiła mu taką jajecznicę z taką zawartością soli i pieprzu, że nigdy już o to nie poprosi.

Druga natomiast opowiadała, że eks ożenił się z inną i ma dziecko i jest w nowej rodzinie uznawany, za super męża i cudownego ojca. I dlatego postanowiła, że odwiedzi tamtą rodzinę a w szczególności rodziców jego nowej żony i wyjawi im "co on wyprawiał i do czego jest zdolny".

Skąd ta chęć zemsty? Czy one nie mogą zaakceptować porażki? Skoro sobie poszedł do innej to s*ał go pies. Dajcie mu spokój. Niektórzy faceci tak bardzo boją się, że eks-żona będzie im zatruwać życie, że oddaja im nawet domy za cenę spokoju. By mogli zaczać nowe życie. By żyć bez stresu.

Ja nigdy nikogo nie zatrzymywałem. Jak eks postanowił odejść, to odchodził. Trudno. Nie mściłem się. Nie szantażowałem. Każdy ma wolną wolę i rawo, żeby sobie iść.

Można powiedzieć: "no ale jak to mnie zostawił? mam teraz sama zostać z dzieckiem?". Trudno. Trzeba być na taką ewentualność przygotowanym. Dbać o swoją pracę, ciągle się kształcić, utrzymywać dobre relacje z rodziną. Odkładać oszczędności. Żebyśmy nie zostali na ulicy, kiedy druga strona odejdzie.

Moja koleżanka żyje w udanym związku. Ma dwoje dzieci. Ale ponieważ sama pochodzi z robitej rodziny wyjawiła mi, że ma osobne konta oszczędnościowe, o których mąż nawet nie wie. I mimo, że bardzo się kochają, ona nigdy nie zapomni cierpienia, które przeszła kiedy ojciec zostawił ją i matkę. Ona twiedzi, że musi być gotowa poradzić sobie sama. I zapewnić bezpieczeństwo swoim dzieciom.

Musi być zawsze gotowa.

2012-05-17

Dlaczego randka (w realu) kończy się niepowodzeniem?

Powodów jest wiele. Przede wszystkim:


1. Nienaturalność. Spotkanie w realu po wcześniejszym zapoznaniu się w internecie (profil, czat) to coś najbardziej nienaturalnego pod słońcem. Dwie całkowicie obce osoby spotykają się z myślą: "a nuż się uda". No ale jak ma się udać? Heterycy nie mają z tym problemu, bo spotykają swoje dziewczyny w życiu, w szkole, w pracy, przez znajomych itp.

2. Dziwactwo. Trafiamy na dziwoląga/psychola itp. No ale jak na takiego nie trafić? Przecież spotykamy się z obcą osobą "bez rekomendacji". To nie jest tak jak u heteryków: "słuchaj, moja siostra ma super koleżankę, zapoznam cię z nią". A poza tym, nigdy nie wiadomo, kiedy to nas określą: "co za zryty koleś".

3. Chciejstwo. Oczekiwania są maksymalne. Dwóch facetów spotykających się i mających wygórowane oczekiwania co do wyglądu.... nie może zakończyć się sukcesem. Szczególnie, jeśli fotki są "podrasowane". Najlepiej zrobione przez brudne lustro w łazience :)

4. Spektrum kolorów. Jeden z tych facetów wprowadzi tak niezręczną sytuację dzięki temu, że wystroi się jak gwiazdeczka na pierwszy dzień wiosny. Kolorowy t-shirt. Kolorowe spodnie. Kolorowa torba. Kolorowe buty. Kolorowy żel we włosach. Kolorowy zapach i kolorowe myśli. Czemu na randkę facet nie może ubrać się "normalnie"?

5. Giętkość. Jeden z facetów szuka męskiego typa. Na fotce widać męskość nad męskościami.... a na spotkaniu jak ten się odezwie.... to "ą", "ę" i oczka przerwacają się o 360 stopni z częstotliwością kilku sekund. Jak ma się randka udać?

6. Desperacja. Spotyka się jeden z drugim, bo ciągle im po głowie chodzi desperacka myśl: "no bo trzeba już kogoś poznać! bo lata lęcą", a już na samym spotkaniu przeraża ich myśl, że musieliby się teraz spotykać, dzwonić, pisać sms.... a przecież nie ma nic lepszego niż oglądanie fimów w weekend i wylegiwanie się w łóżku. Kto by chciał gdzieś wychodzić z domu? Ratunku! chcę do domu!!! A później: "uffff, nie napisał, nie zadzwonił. znowu mi się udało".

7. Money talks. Już po paru minutach pada pytanie: "pożyczyłbyś mi kilka stów? oddam na pewno za tydzień. Wiesz, taka niezręczna sytuacja. Brakuje mi kilku stów na prezent dla mojej babci, która jest najlepsza pod słońcem. No pożycz. Nie daj się prosić. No nie cham się. Dawaj kasę kur*a!".


Macie inne pomysły? Swoje przemyślenia, dlaczeto tak wielki odsetek randek kończy się niepowodzeniem?



2012-05-15

Artysta

Ostatnio pomagaliście mi zrozumieć, jak to jest być w związku z lekarzem lub aktorem :) Jeszcze raz Wam za to bardzo dziękuję.

Dziś zastanawiam się, jakby to było BYĆ.... artystą.

Pewnie fajnie bym się ubierał. Byłbym taki.... przestylizowany. Duże okulary w czarnych oprawkach. Czapka z długim czubem ubierana do połowy głowy. Buty high-tops, itp.

Pewnie życie miałbym bardzo ciekawe. Tworzyłbym "coś" do piątej rano... wstawałbym o 12:00 śpiesząc się wystawić/sprzedać moje dzieło.

Ciekawe co bym tworzył. Może:
- malowałbym obrazy?
- pisałbym scenariusze?
- komponowałbym muzykę?
- projektował ubrania?
itp, itd.

Ciekawe jak wygląda życie towarzyskie artysty. Pewnie imprezy, pokazy, eventy? Pewnie jest bardzo ciekawe? Pewnie to jakiś high life. Pewnie żyje się w otoczeniu innych artystów.

Pewnie chodziłbym do kina studyjnego na pokazy filmów. Pewnie dyskutowałbym na ich temat. Pewnie nie rozstawałbym się z iPodem, i tylko ostentacyjnie poprawiałabym jego słuchaweczki idąc ulicą.

Pewnie samemu ustalałbym grafik dnia. Pewnie jeździłbym w różne miejsca po inspiracje. To musi być życie. Jak w Madrycie. Heh....


Ale arystą nigdy nie będę. Jestem pragmatykiem. Ścisłowcem. Świat opisuję liczbami. Wykresami. Tak jest łatwiej. Ale czy ciekawiej?

2012-05-14

Ciarki na całego

Czasem piosenka, którą właśnie usłyszeliśmy jest tak niesamowita, że dosłownie przelatują ciarki. Sprawdzamy tytuł i wykonwacę tak szybko jak tylko to możliwe i nie możemy doczekać się kiedy usłyszymy ją ponownie.

I nawet kiedy słyszymy ją drugi raz, trzeci....efekt końcowy jest podobny.

Pamiętam kiedy przeleciły mnie ciarki, kiedy usłyszałem (i zobaczyłem teledysk) "Salvation" zespołu the C4anberries. Był to kwiecień 1996 roku. Na szczęście wiedziałem o tej premierze i oczywiście teledysk nagrałem. Długo nie mogłem zaprzestać wciskania przycisków "REW" i "PLAY". Od tego czasu było kilka takich piosenek. Dziś zamiast przycisków w magnetowidzie używam przycisku "replay" na youtube.

Bardzo podobnie jest też z niektórymi ludzmi. Poznałem w życiu (i nawet byłem) z takimi ludźmi, z którmi ciarki przechodziły mnie na pierwszym, drugim, trzecim i n-tym spotkaniu. I za każdym razem czułem ten miły dreszcz. I nie mogłem doczekać się ponownego spotkania.

To jest właśnie to. Nie zatraciłem tego z wiekiem. Zdarza się czasem poznać kogos, kto wprowadza w taki stan....


I wtedy wiem, że "to jest to". I po spotkaniu w głowie wciskam przycisk "replay" i staram się odtworzyć wszystko co było. I to czekanie na kolejne spotkanie.


Jest właśnie coś takiego, co sprawia, że nie mamy wątpliwości co do tego, czy jesteśmy naprawdę zauroczeni.